Niewinność utracona

Są takie momenty w życiu kiedy zadajesz sobie pytanie: co ja tu do cholery robię i jak ja się tu znalazłam? Tak właśnie się czułam idąc do mojego lekarza rodzinnego, żeby zrobić badanie na obecność chorób wenerycznych. Nigdy nie myślałam, że z takim problemem nam kiedyś pójdę, i w dodatku, że Charlie miałby być tego przyczyną.
Tłumacząc po co przyszłam czułam zażenowanie. Trudno było zatrzymać łzy, mówiąc komuś obcemu o najboleśniejszej rzeczy jaką mnie spotkała w życiu, ale starałam się, żeby się przed nią nie załamać. Była bardzo wyrozumiała i pomocna, doradziła mi terapię małżeńską i dała kilka kontaktów. Powiedziała również, że radzi swoim pacjentkom takie badania od czasu do czasu „bo nigdy niczego nie można być pewnym„. O, jak bardzo się z nią w tym teraz zgadzałam! Powiedziałam jej: „Gdyby mnie pani spytała miesiąc temu, jak mi się układa w małżeństwie, powiedziałabym – perfekcyjnie„.
To rozczarowanie stanem ludzkiego serca, bardziej realistyczne spojrzenie na to kim jesteśmy w środku i co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wielu par to bezpośredni wynik tej zdrady. Niewinność utracona. To już nie jest „ktoś, gdzieś”, to MY. A jeśli my to może to być też każdy inny.
Myślę o tych wszystkich kobietach, które ślepo ufają w wierność swojego męża. Wierzą, że jeśli nie ma oczywistych oznak zdrady, to wszystko jest w porządku. Jeśli on ma dobry charakter, poważanie i może chodzi nawet do kościoła, to jakoś ich to ominie siłą rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle – zaufanie jest piękne. Nikt nie chce żyć w podejrzeniach, że może coś jest nie tak, przy każdej okazji wyjazdu czy wyjścia. Przeglądać regularnie rzeczy i wiadomości swojej drugiej połowy w poszukiwaniu śladów zdrady? To nie moja recepta na udaną relację. A jednak życie bywa okrutne.
Jesteśmy złamanymi, ludzkimi istotami. Pożądanie stało się normą. Uczy się nas pożądać od małego i mówi się nam, że jesteśmy tego warci. Tak jest w stosunku do rzeczy materialnych jak i innych ludzi. Mamy stawiać siebie na pierwszym miejscu, szukać osobistego spełnienia za wszelką cenę i nie czuć z tego powodu żadnej winy. Wierność, uczciwość i lojalność, nie są dziś w cenie.
Jakieś 6 miesięcy od początku naszego kryzysu, Charlie wyjechał na kilka dni. To była wycieczka biznesowa, wszystkie koszty pokryte, trudno było odmówić. Do tamtej pory moje rany zagoiły się na tyle, że miałam odwagę mu pozwolić jechać. Tak czy inaczej, postanowiłam sobie, że nie będę kontrolującą żoną. Jeśli dalej będzie chciał mnie oszukiwać to jest to jego problem, a prędzej czy później i tak wyjdzie to na jaw. Teraz jednak byłam już bardziej świadoma co może się wydarzyć na takim wyjeździe: czas wolny, wyjścia do klubów nocnych, nowo poznane dziewczyny, nawet prostytutki czasem. Faceci tylko czekają na takie okazje z daleka od domu gdzie nikt bliski nie widzi. Miałam nadzieję tylko, że coś w Charliem się zmieniło po tym co przeszliśmy.
Była tam z nim grupa mężczyzn, którzy co wieczór wychodzili gdzieś do baru. Charlie wracał do swojego pokoju wcześniej i rozmawialiśmy długo przez telefon. Ostatniej nocy został z nimi dłużej. Jeden z nich wypił kilka piw za dużo i Charlie postanowił go pilnować. Rozmawiali z dwiema młodymi Brazylijkami z sąsiedniego stolika kiedy zrobiło się późno i dziewczyny zaczęły zbierać się do domu. Kompan Charliego koniecznie chciał je odprowadzić więc poszli razem. Pod domem chciał już wpraszać się do środka, ale Charlie kazał im go zignorować i wrócili do swojego hotelu sami. Po drodze mieli ciekawą rozmowę:
„Co ty chciałeś zrobić? – spytał Charlie – przecież jesteś żonaty”.
„Żona nic by nie wiedziała.”
„Ale ty byś wiedział.”
„Eee, fajnie jest wiedzieć, że ma się jeszcze to coś.”
Czyż nie wszyscy chcemy wiedzieć, że mamy to „coś”, że jesteśmy atrakcyjni i ktoś nas pożąda? Wiek, płeć, czy stan cywilny nie mają tutaj znaczenia. Nasze ego tego pragnie i to jest chyba powód numer jeden niewierności w związkach.
Tego dnia kiedy byłam u lekarza zdecydowaliśmy, że przez cały tydzień będziemy dzielić się chlebem i winem wieczorami i modlić o wolność od pożądania i uzależnienia. Znaleźliśmy butelkę wina „Puerta Novas” („Nowe drzwi”) i otworzyliśmy ją tego wieczora. To bylo jak tydzień prywatnej terapii małżeńskiej. Każdy wieczór wniósł coś nowego do naszej relacji i dał nam nowe zrozumienie siebie nawzajem. Kilka miesięcy wcześniej zaplanowaliśmy wyjazd za granicę, który wypadał już w następnym tygodniu. Mieliśmy dużą nadzieję na nowy początek. Mój nowy pierścionek był prawie gotowy u jubilera i w końcu wiedzieliśmy też gdzie pozbyć się tego pierścionka, który zwróciła nam Ana. Ostatnia rzecz jaką chcieliśmy jeszcze zrobić to odnowić nasza przysięgę.

Życie toczy się dalej…

Po wyjeździe Any odczułam pewną ulgę. Przynajmniej nie bałam się już, że wpadnę gdzieś na nią chodząc po ulicach naszego małego miasta. Miałam też w sercu lęk, że ona może coś knuć przeciwko naszej rodzinie, naszym dzieciom. Teraz mogłam być spokojna.

Byłam świadoma tego ile szczęścia mieliśmy w tym, że mogliśmy zakończyć tę sprawę w taki sposób – wysłać ją daleko, tysiące kilometrów od nas, za morze. To sprawiło, że mogłam żyć z nadzieją na uzdrowienie mojego małżeństwa. Bardzo trudno jest pozbierać się po zdradzie, nawet w najlepszych okolicznościach, a w sytuacji gdy „ta druga” lub „drugi” jest wciąż w pobliżu, to chyba niemożliwe.

Koncert był jednym z momentów przełomowych i dał nam siłę by iść dalej. Na następny dzień, w niedzielę w kościele Charlie został poproszony o to by przełamać chleb do wieczerzy pańskiej i odmówić krótką modlitwę. Nikt oprócz naszego pastora nie wiedział o burzy jaka działa się w naszym życiu. Charlie skonsultował to szybko z nim, żeby upewnić się, że nie ma on nic przeciwko temu i zanim odmówił modlitwę, powiedział do wszystkich:
„Nie powinno mnie tu być… Jedyny powód dla którego tu stoję jest taki, że Jezus mnie zbawił. A jeśli mógł zbawić mnie to wierzę, że ma też dobre plany dla nas wszystkich. Być może któregoś dnia opowiem moje świadectwo, ale dziś chciałbym tylko poprosić was o przebaczenie za dwie rzeczy: pierwszą – że dawałem o sobie fałszywe świadectwo i drugą – że przyjmowałem chleb i wino kiedy nie byłem tego godzien”.

Te słowa przynosiły mi nadzieję i cieszyłam się z tego, że potrafił przyznać przed innymi, że nie jest tak doskonały jak się wydawało. Dla mnie był to kolejny dowód na to, że pokutuje prawdziwie, jakkolwiek bolesne było to wszystko. Nie potrzebował też mowić nic wiecej.

To była trzecia niedziela z kolei naszego postu. Zaczęliśmy pościć tuż przed Straszną Środą i kontynuowaliśmy w każdą niedzielę przez cztery tygodnie. Każdy post przynosił zmianę, więcej wolności, więcej bliskości do Boga i siebie nawzajem. Kajdany były zdejmowane, a jeńcy wypuszczani na wolność.

To co nastąpiło później to dni i noce wypełnione bardzo głębokimi i szczerymi rozmowami. Otworzyliśmy się na siebie bez masek, bez chowania się za pozory. Rozmawialiśmy o przeszłości, dzieciństwie, rodzicach, błędach które popełniliśmy w starych relacjach i o sekretach, którymi nigdy wcześniej nie dzieliliśmy się z nikim innym. Codziennie czytaliśmy Biblię i modliliśmy się. Znaleźliśmy strony internetowe z pomocą dla małżeństw w sytuacji takiej jak nasza. Odkryliśmy, że nie jesteśmy w tym sami, że innym małżeństwom udało się przejść przez ten koszmar i pozostać razem. Czasem tak zagłębialiśmy się w rozmowach, że traciliśmy poczucie czasu. Raz zapomnieliśmy nawet zawieść dzieci do szkoły.

Pomimo tego jednak, moje zaufanie do Charliego było poważnie naruszone. Przez wiele tygodni oscylowałam między nadzieją, że zostawiamy już ten bałagan za sobą, a poczuciem ogromnej krzywdy i zdrady. 3 dni po wyjeździe Any, Charlie miał wieczorem spotkanie z klientem. Wiedziałam dokładnie gdzie i z kim jest, dodatkowo był tam też mój teść, a mimo to zaczęłam wątpić w to, że cokolwiek mogę brać za pewnik. Po tym jak poznałam prawdę na temat ilości kłamstw w które wierzyłam cały poprzedni rok, moje zaufanie do niego było tak małe, że gdyby ktoś powiedział mi w tym momencie, że on jest teraz z nią, a ona nigdzie nie wyjechała tylko oboje udawali, uwierzyłabym. Straciłam pewność tego, że umiem odróżnić prawdę od kłamstwa. To uczucie było poza moją kontrolą i nic nie mogłam na to poradzić, nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiadał coś innego. Zamknęłam się w łazience i płakałam tak długo, aż Charlie wrócił do domu i tak mnie znalazł. Powiedziałam mu o tym co czuję i dalej płakaliśmy już razem.

Jesteś moją twierdzą

Długo nie pisałam. To był chyba najdłuższy czas od Strasznej Środy kiedy nie pisałam, nie myślałam i nie żyłam tą zdradą każdej minuty mojego dnia. To dobry znak. Znak tego, że idę do przodu, powoli zapominam i zostawiam to w przeszłości.

Zadziwia mnie wciąż, jak szybko goją się te rany. Przygotowywałam się na długą walkę, na czas gdy miłość jest tylko odległym wspomnieniem, może nadzieją na przyszłość. Przeczytałam gdzieś, że musi minąć około dwóch lat, żeby minął ból i by odzyskać zaufanie do partnera po jego zdradzie. Nie wiem do jakiego stopnia to uzdrowienie ma jeszcze nastąpić, ale rok po naszym sądnym dniu cieszę się z miejsca, w którym jesteśmy. Nie jesteśmy doskonali i nigdy nie będziemy, ale te niedoskonałości wynikają raczej z tego, że jesteśmy po prostu ludźmi, nie z tego, że specjalnie staramy się nawzajem ranić lub żyjemy w stanie ciągłego, nierozwiązanego grzechu. Dajemy i otrzymujemy w wolności. Kładziemy się spać i budzimy się z dziękczynieniem, za miłość, za rodzinę, za łaskę i przebaczenie, za małżeństwo.

Czuję się na tyle wolna, że mogłabym już przestać pisać, ale chcę skończyć tą historię, by dać świadectwo Temu, który nas zbawił. Niedawno uczęszczaliśmy na kurs „Projekt Rodzina” („Family Project” produkcji Focus on Family). Nasz lider często nam powtarzał: „Bóg zajmuje się naprawą tego co złamane”.

A więc, co było później?

10 dni po Strasznej Środzie nadszedł kolejny krok milowy – dzień koncertu, na który bilety wygrały nasze dzieci w Spirit Radio. Mieliśmy ich tylko dwa i cieszyliśmy się na to, że spędzimy trochę czasu sami. Jednak zanim tam pojechaliśmy mieliśmy coś jeszcze ważniejszego do zrobienia – odbyć ostatnią rozmowę z Aną zanim wyjedzie na stałe. Wyjeżdżała na następny dzień i mieliśmy jej więcej nie widzieć, ale było kilka rzeczy, które chcieliśmy powiedzieć i wyjaśnić.

To ja nalegałam na to spotkanie. Nie żeby dać upust swojej złości, chociaż w tamtym czasie kotłowało jej się dużo w moim wnętrzu, ale po to by Charlie mógł poprosić ją o przebaczenie za to, że dopuścił do tej sytuacji i abym ja mogła powiedzieć jej, że przebaczam. Nie czułam tego w moich emocjach, na to było za wcześnie, ale wiedziałam, że taki jest mój cel i droga do wolności, a to była jedyna okazja by to zrobić. Chcieliśmy również zwrócić jej jedną z książek, które oddała we Wstrętny Wtorek. To była specjalna edycja „Jane Eyre”, lubiła ją i chciała ją zatrzymać. Zaczęłam niedawno czytać tę książkę i myślę, że identyfikowała się z jej bohaterką.

Poprosiliśmy Anę o spotkanie i, ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się. Miała dla nas tylko pół godziny, ale więcej nie potrzebowaliśmy. Umówiliśmy się w biurze. Była sobota, nikogo tam nie było. Zanim przyszła, razem pomodliliśmy się o pokój i Bożą obecność. Przyszła punktualnie na czas. W uszach duże, okrągłe kolczyki, w długiej spódnicy do kostek i z nosem zadartym do góry, jakby chciała powiedzieć: „Nie udało wam się mnie zranić i dalej mam wszystko pod kontrolą”. Jednak pod tą maską wyczuwałam ból, słyszałam go w jej głosie i widziałam go w jej oczach. Nie odpowiedziała na moje powitanie, przeszła obok mnie, jakby mnie nie było i podeszła prosto do Charliego. Jednym słowem zrobiła to, co robiła przez wszystkie miesiące naszej znajomości. On uśmiechnął się do niej i powiedział: ” Witaj Ano. Dawno cię nie widziałem”. Sposób w jaki to powiedział, wyrażał bliskość między nimi i poczułam głęboką zazdrość i dyskomfort. Usiedliśmy przy trzech końcach stołu i Charlie rozpoczął, mówiąc:
„Ana, dziękujemy ci, że przyszłaś. Dużo to dla nas znaczy. Wiem, że to nie jest łatwe i nie będziemy cię tu długo trzymać. Chciałbym żebyś wiedziała, że zdecydowaliśmy pozostać dalej razem i z tego względu nie będę z tobą już nigdy w kontakcie. Dziękuję ci za twoją pracę i pomoc, doceniam to, chociaż w ostatnim czasie twoja obecność w biurze rozpraszała moją uwagę i zaczynałem zauważać negatywne tego efekty. Chciałbym cię również przeprosić za to co stało się między nami i prosić o przebaczenie. Wiem, że oszukałem cię.”
Tutaj Ana przeszkodziła mu na chwilę.
„Nie musisz przepraszać. Oboje jesteśmy dorośli i wiedzieliśmy co robiliśmy. Jedyna rzecz, za którą jestem na ciebie zła to to jak traktowałeś mnie przez ostatnie 10 dni”.
„Musiałem to zrobić. Zrozumiałem, że nie jestem dobrym człowiekiem i sprawiłem wiele bólu mojej rodzinie. Ale zmieniam się. Jezus naprawdę jest mocny.”
Ana parsknęła cicho pod nosem, ale szybko dodała:
„Ty wiesz, że ja toleruję wszystkie religie i punkty widzenia. Każdy ma prawo, by wierzyć w co chce.”
„W porządku. Ja zobaczyłem, że nasza relacja z Bogiem, w dużej mierze zależy od tego czy widzimy, że jesteśmy grzeszni, czy nie. Teraz wiem, że ja jestem. Powiedziałem ci też, że jesteś miłością mojego życia – przepraszam cię za to. Ella jest miłością mojego życia i zawsze nią była. Dlatego przepraszam, że cię oszukałem. Nie mam nic więcej do powiedzenia oprócz tego, że jest mi naprawdę przykro. To jest książka, którą chciałaś, proszę żebyś ją wzięła. Czy chcesz coś powiedzieć od siebie?”
„Nie, nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Chciałabym tylko, żebyś mi przysłał zdjęcia naszych projektów, jak będą skończone.”
„Oczywiście, zaaranżuję to.”
Wstała i już chciała wyjść, ale zatrzymałam ją.
„Ana, poczekaj. Ja też chcę powiedzieć kilka słów.”
Popatrzyła na mnie chyba po raz pierwszy od kiedy przyszła, uśmiechnęła się lekko i usiadła z powrotem.
„W ciągu zeszłego roku rozmawiałam z moją siostrą, o tym jak bardzo jesteśmy zazdrosne o naszych mężów. Powiedziałam wtedy, że wydrapałabym oczy każdej kobiecie, która popatrzyłaby na mojego Charliego. Nie martw się, nie zrobię ci tego. Chcę tylko żebyś wiedziała, że to co wydarzyło się miedzy tobą i Charliem, i to jak długo to trwało, mogło mieć miejsce tylko dlatego, że mu ufałam. Miałam złe przeczucia co do jego znajomości z tobą i skonfrontowałam go w tej sprawie kilka razy, ale zawsze zaprzeczał, że coś jest nie tak, a ja mu ufałam. Nie miałam powodów dla których mogło być inaczej. Między nami układało się dobrze pomimo tego, że brakowało nam czasu razem i dzieci też cierpiały z tego powodu. Moglibyśmy rozmawiać tu o tym cały dzień, ale wiem że nie chcesz tego więc powiem tylko jedno – przebaczam ci. Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś tylko dla siebie, i że nie doświadczysz nigdy tego co ja, bo ten ból jest ogromny”.
Nie mogłam nic więcej powiedzieć, bo łzy zaczęły mi napływać do oczu, ścisnęło mi się gardło i załamał głos. Zauważyłam, że kiedy wspomniałam o przebaczeniu, poczuła się nieswojo, wyglądała jakbym ją obraziła. Może wolałaby żebym ją przeklęła, niż przebaczyła. Po chwili wstała i wyszła, nos już nie tak wysoko w górze, ale wciąż opanowana i chłodna.
Nie mieliśmy z nią nigdy więcej kontaktu oprócz wiadomości, którą wysłała z lotniska na następny dzień z podziękowaniem za pracę. Charlie odpisał i zacytował werset z 1 Listu do Koryntian, rozdział 13 o miłości, dodając: „Proszę przeczytaj to. To nie jest to co mieliśmy my, ale mam nadzieję, że kiedyś to znajdziesz”.

Po wyjściu Any, my sami również wyruszyliśmy w dwugodzinną podróż na nasz koncert, czując się jakbyśmy minęli kamień milowy na naszej drodze i zamknęli za sobą drzwi. Koncert okazał się jednym z najpiękniejszych podarunków od Boga jaki dostaliśmy w tamtym czasie. To były dwie godziny w niebie. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o tym zespole, ale bardzo nam się spodobał. Był to Rexband – indyjski, charyzmatyczny, chrześcijańsko – katolicki zespół, grający w stylu trudnym do zdefiniowania, bo łączy swing i jazz, pop i powolny rock. Jednym słowem niezła mieszanka! Wysoka jakość muzyki, profesjonalni wykonawcy i każdy z nich w osobistej relacji z Jezusem. Tej nocy grali muzykę naszych dusz, zamienili nasze modlitwy w piosenki i wprowadzili nas w obecność Ducha Świętego. Niezapomniany wieczór, wypełniony łzami pokuty i nadzieją na pełne pojednanie. Jeśli ktoś z was tam był i widział parę na końcu sali, która od początku włączyła się do uwielbienia i świetnie się przy tym bawiła – to byliśmy my. Ze wszystkich piosenek, jedna najbardziej trafiła do mojego serca i stała się moją modlitwą – „You are my tower” („Jesteś moją twierdzą”).

Dopiero później, gdy już wyszliśmy z sali koncertowej, uświadomiliśmy sobie, jak niezwykłe było to, że się tam znaleźliśmy. Kiedy Charlie miał 18 lat, zaraz po skończeniu szkoły średniej, wyjechał do Indii na rok pracować ochotniczo. Był w różnych miejscach, między innymi pracując też z siostrami Matki Teresy. W tym czasie poznał dziewczynę, która była narodzoną na nowo katoliczką i ona poprowadziła go w modlitwie o zbawienie. Przez lata ta modlitwa nie mogła w pełni wykonać swojej pracy, przez to co Charlie trzymał w swoim sercu i umyśle, ale tego wieczoru tam na koncercie, historia jakby zatoczyła koło i znów był tam w Indiach oddając swoje życie Bogu, tym razem naprawdę.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………

PS. Natrafiliśmy na to zdjęcie i ten werset w jednej z naszych Biblii (tłumaczenie Sunrise Good News Bible), niedługo po tym dniu…

image.jpg

„Rzekł także Pan: Ponieważ córki syjońskie wynoszą się i chodzą dumnie z wyciągniętą szyją, i uwodzicielsko zerkają, chodząc drobnymi kroczkami i pobrzękując łańcuszkami na swoich nogach, dlatego Pan sprawi, że wyłysieją głowy córek syjońskich i Pan odsłoni ich czoła. W owym dniu usunie Pan ozdobę: sprzączki i diademy, i półksiężyce. Kolczyki, naramienniki i zasłony, zawoje i łańcuszki, i wspaniałe przepaski, flakoniki i amulety, pierścionki i kolczyki do nosów, odświętne szaty i płaszcze, okrycia i torebki, lusterka i koszulki, zawoje i zasłony. I zamiast woni będzie smród, a zamiast pasa – sznur, zamiast loków – łysina, a zamiast bogatej szaty – obcisły wór, zamiast piękna – hańbiące piętno.”
Księga Izajasza 3:16-24
…………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

 

You are my tower – Rexband (Sonrise)

Everything is a changing all around
Wanna hold on to you
Everyday is a new beginning now
Wanna know what is right

You are my tower
Unchanging power
When storms come raging
You’ll be my road
You alone will do

In the night when I am tossed upon the sea
I will call out your name
When the road takes a million different turns
Wanna follow you lord

You are my tower
Unchanging power
When storms come raging
You’ll be my road
You alone will do

When I’ve lost my way
And I am far away from home
I will seek your face
I will always cling to you Lord

You are my tower
Unchanging power
When storms come raging
You’ll be my road
You alone will do

Ana

image

Kim była Ana?

Czy była suką bez serca, złodziejką mężów, modliszką? Czy może młodą, niepewną siebie dziewczyną, szukającą potwierdzenia swojej wartości i atrakcyjności przez uwiedzenie starszego mężczyzny? Myślę, że trochę jednym i drugim.

Wierzę, że nasze słabości i rany nam zadane w dzieciństwie kształtują późniejsze zachowanie i decyzje bardziej niż pozytywy. Fascynują mnie historie życia zarówno ludzi, którzy osiągnęli wiele w swoim życiu jak i tych, którzy upadli. Co ich ukształtowało? Jakie było ich dzieciństwo, wychowanie, relacje z rodzicami czy nauczycielami? I najważniejsze: jakie duchowe dziedzictwo ze sobą dźwigają?

Kiedy Ana przyjechała pracować dla Charliego wydawała się być niewiele więcej niż nastolatką. Otaczała ją aura młodzieńczej naiwności, zachwyt nowym miejscem i chęć przypodobania się. Zanim wyjechała stała się dorosłą, zgorzkniałą kobietą, nastawioną sceptycznie do życia i ludzi. To co stało się pomiędzy z pewnością ją zmieniło. Myślę, że nie tego się spodziewała kiedy rozpoczęła romans z Charliem. Rozmawialiśmy o tym dużo i kilka miesięcy po Strasznej Środzie usłyszałam całą historię od początku do końca. Wcześniej nie byłam na to gotowa.

Ana nie miała wielu znajomych i wolała raczej męskie towarzystwo niż koleżanki. Od początku polubili się z Charliem, coś tam „zaskoczyło” i widziałam to. Dlatego tak bardzo denerwowałam się wyjeżdżając w to pierwsze lato. Niestety ani ja, ani ona nie wiedziałyśmy wtedy co stoi za przyjacielskim zachowaniem Charliego. Musiała w niej być głęboka potrzeba tego typu uwagi gdyż bardzo szybko zerwała ze swoim chłopakiem w Hiszpanii i skupiła się na nowej relacji. Jej postawą od początku i chyba przez cały czas trwania tego romansu było: jesteśmy dwójką dorosłych osób, które robią co chcą, bez żadnych zobowiązań i jest to tylko nasza sprawa. Nie obchodził ją fakt, że w tym samym czasie Charlie był żonaty i miał rodzinę. Powiedziała kiedyś, że „rozwód to nie koniec świata”, i że „zna dzieci na które nie wpłynął on negatywnie”.  Była dumna ze swoich ateistyczno – socjalistycznych poglądów. Otwarcie szydziła z chrześcijańskiej wiary Charliego i często go w tym konfrontowała. Kiedy była w naszym domu z Charliem wyśmiewała się z napisu na lodówce, który nasze dzieci zrobiły na szkółce niedzielnej. Mówił on: „Jezus jest mocny”.

W tym wszystkim jednak nie zauważyła, że stała się więźniem swojej wolnej woli i sytuacji którą stworzyła. To co miało być tylko grą wkrótce chciało być „czymś więcej”. Pragnęła uwagi i czasu Charliego, którego nie mógł jej dać bez wzbudzania podejrzeń. Powoli ta romantyczna przygoda zamieniła się w banalny romans, w którym to ona musiała czekać na jego znak i spotykać się na jego warunkach. Weszła w to jednak wiedząc dobrze, że jej wybranek jest żonaty i nie zamierza się rozwodzić.

Uczyniła wiele ruchów i pierwszych kroków w tej relacji, podczas gdy on przyjmował z przyjemnością ten nowy podziw i nie opierał się temu za bardzo. Fakt, kilka razy powiedział jej, że nie chce by ta relacja posuwała się dalej, ale potem nie trzymał się swojego słowa. Nie miał silnej woli i łatwo wpadał w pokuszenie. Ana wiedziała co zrobić i powiedzieć, by posuwać znajomość na kolejne poziomy, a kiedy on miał z tego powodu poczucie winy, zawstydzała go i dokuczała mu.

W swojej doskonałej książce „NOT Just Friends” („NIE Tylko Przyjaźń”) autorka Shirley P. Glass dedykuje cały rozdział partnerkom w zdradzie. Chciałabym go tutaj zacytować:

„Wiele kobiet romansujących z żonatymi mężczyznami nie odczuwa z tego powodu poczucia winy. Sondaż 4,700 singielek przebywających w związku z żonatym mężczyzną pokazuje, że 84 procent z nich jest świadome faktu, że są oni już zajęci. Chociaż niewiele z nich ma opory co do dzielenia się swoim nowym partnerem z jego żoną, 61 procent twierdzi, że zakończyłyby relację gdyby dowiedziały się, że ma on jeszcze inną kochankę oprócz nich. Żonaty kochanek często nabiera przekonania od swojej miłosnej partnerki, że nie robią oni nic złego. Żeby zatrzymać ją przy sobie, zaczyna wierzyć, że utknął w nieudanym małżeństwie ze względu na rodzinne zobowiązania. Jednak, jakkolwiek nie krytykowałby on swojej żony w oczach kochanki, jeśli ona sama ignoruje jej istnienie, to znieważa ogółem wszystkie kobiety.

Kochanka może usprawiedliwiać swoje zachowanie, wypierać je, lub używać podświadomych mechanizmów obronnych by nie czuć się winną. W niektórych przypadkach zwyczajnie nie ma sumienia, ani współczucia dla żony i dzieci, którym szkodzi. Jest tak wiele odmian niepoczuwających się do winy kochanek, co kobieciarzy.

Antagonistka: ta kobieta zdradza inne przedstawicielki swojej płci przez zabieranie im mężów. Widzi ona inne kobiety jako rywalki i nie czuje potrzeby lojalności, czy identyfikacji z nimi. Nie postrzega siebie jako ich „siostry”. Rzadko kiedy przyjaźni się z kobietami i polega na mężczyznach, by podbudować swoje ego i zaspokoić swoje potrzeby.

Anty-tradycjonalistka: kolejna kochanka bez skrupułów to kobieta niekonwencjonalna, która przeciwstawia się instytucji małżeństwa i widzi je jako przestarzałe. Uważa ona, że wszystkie małżeństwa są wadliwe, więc czemuż miałaby ograniczać siebie do starożytnego kontraktu, którego głównym celem jest tłamszenie kobiet? Nie ma po co rezygnować z bogactwa życia tylko dlatego, że wybrany mężczyzna jest akurat żonaty.

Eskapista: aby nie myśleć o istnieniu żony i dzieci, kochanka eskapistka wymazuje je ze swojego umysłu. Nie zadaje pytań na ich temat i nie bierze pod uwagę trudnych konsekwencji tego tajemnego romansu, bo czas, który spędza ze swoim wybrankiem jest ucieczką od rzeczywistości.

Doradca rodzinny: przyjmowanie na siebie roli rodzinnego terapeuty to kolejny ze sposobów na zabicie wyrzutów sumienia. Kobieta daje wtedy „dobre rady”, aby niejako podprawić stosunki między swym kochankiem, a jego dziećmi, lub pomaga mu zrozumieć punkt widzenia żony. To działanie wynika częściowo z prawdziwej troski, a częściowo jest instynktem samozachowawczym. Jak twierdzi Laurel Richardson, singielka w romansie robi „feministyczną pracę socjalną między małżonkami”. W rezultacie widzi ona siebie jako dobrą osobę, która ma pozytywny wpływ na życie prywatne swojego partnera.

Nieświadomy uczestnik: na koniec, kobieta w romansie z żonatym mężczyzną może nie czuć się winna z tego powodu, bo po prostu nie wie, że jest „tą drugą”. Niektórzy mężczyźni udają wolnych i jest to cześć ich strategii w umawianiu się na randki, szczególnie przez internet. Nieświadoma uczestniczka jego zdrady nie wie, że nie jest „jedną jedyną”.

Chociaż wiele kobiet nie ma wyrzutów sumienia pozostając w związku z żonatym partnerem, tylko nielicznym udaje się przeżyć bez żalu. Taki związek może być jednorazową pomyłką lub wciąż powtarzającym się wzorcem zachowania, który wywodzi się z przeszłości takiej osoby. Często może ona powtarzać dysfunkcyjne trójkąty widziane w dzieciństwie u rodziców, czy u innych ważnych sobie bliskich.”

Widzę u Any elementy prawie wszystkich, wyżej wymienionych typów kochanek, oprócz tej ostatniej. Ona wiedziała bardzo dobrze, że niszczy czyjąś rodzinę.

Czy nienawidzę Any?

Nie. Nienawidzę ich romansu, ale nie jej. Wiem, że Charlie też ponosi winę za to co się stało, przynajmniej w takim samym stopniu jak ona, jeśli nie więcej. Wciąż widzę ją jako dziewczynę, która przyjechała zdobyć doświadczenie w zawodzie, a nie trudne doświadczenie życiowe, które dostała zamiast. Miałam co do niej wiele mocnych, negatywnych uczuć w pierwszych tygodniach i miesiącach po ujawnieniu ich romansu, ale to były głównie pytania. Jak ona mogła? Jak kobieta może to zrobić innej kobiecie? Po co? Co ona z tego miała?

Czuła się źle potraktowana, ale było to spowodowane tym, że Charlie przestał dawać jej swój czas i uwagę kiedy prawda wyszła na jaw. Zamiast tego zwrócił swój wzrok na rodzinę i odciął tamtą relację. Jeśli chodzi o wynagrodzenie pieniężne za pracę, dostała wszystko co się jej należało i więcej. Zwróciliśmy jej też wszystkie koszty związane z tym, że wracała co domu wcześniej niż planowała. Nie chcieliśmy z naszej strony żadnych długów.

Doświadczyła zranienia, choć robiła wszystko, aby to ukryć. Myśleli, że mają umowę, ale zapomnieli o emocjach. Nie można igrać z ogniem i nie poparzyć się. Mam tylko nadzieję, że czegoś nauczyła się z tej sytuacji i nie zrobi tego samego innej rodzinie.

A jeśli chodzi o nas: Bóg zrobił przez nią to czego nie mógł zrobić przeze mnie – złamał dumę Charliego i przyprowadził go do pokuty.

Leczenie traumy

image

„Odkrycie niewierności jest traumatycznym wydarzeniem dla zdradzonego partnera. Pojęcie tego jako traumatyczne ma ważne następstwa dla dalszego leczenia. Osoby, które dowiedziały się właśnie o zdradzie partnera mogą zachowywać się jak gdyby padły ofiarą brutalnego ataku. Tam gdzie wcześniej czuły się bezpieczne, teraz czują się zagrożone. W jednym momencie, założenia o życiu legną w gruzach. Zazwyczaj występują też obsesje na punkcie detali związanych ze zdradą, problemy z jedzeniem i snem, oraz poczucie braku kontroli nad emocjami, szczególnie takimi jak lęk i smutek, które potrafią być przytłaczające.”
Shirley P. Glass “NOT Just Friends”

„Po odbyciu terapii z tysiącami par i rozmowach na temat setek różnych problemów małżeńskich, jestem przekonany, że niewierność jest najbardziej bolesnym doświadczeniem jakie można przeżyć w związku. Ci z moich pacjentów, którzy mieli strasznego pecha przeżyć zarówno gwałt, znęcanie fizyczne, wykorzystanie seksualne swoich dzieci, jak i niewierność małżonka, mówią zgodnie, że zdrada była najgorszym z tych doświadczeń. Aby poznać niszczący wpływ zdrady, wystarczy przejść przez nią tylko raz. „
Dr. Willard F. Harley – Marriage Builders

Uczucia i emocje w ciągu tych pierwszych tygodni były bardzo silne i towarzyszyły mi każdej minuty, każdego dnia. Wiedziałam, że będzie musiało upłynąć dużo czasu zanim uporam się z tym i będę mogła czuć się znów „normalnie”, niezależnie od tego czy będziemy razem czy nie. To nie była zwykła kłótnia, czy rodzinne nieporozumienie, ale zawalony fundament mojego życia w tamtym czasie. Wciąż zadawałam sobie pytania: czy ja kiedyś będę umiała znowu mu ufać, czuć bliskość i najważniejsze – kochać go tak jak kiedyś? W ciągu jednej nocy z najbliższego przyjaciela i kogoś najbliższego mojemu sercu, mój mąż stał się kimś obcym, prawie wrogiem. Musiałam wykrzesać z siebie dużo wiary by zobaczyć, że jednak jest to ten sam człowiek za którego wyszłam za mąż i o tym on wciąż starał się mnie przekonać. Moja nadzieja była w tym jak bardzo on żałował tego co zrobił, i że wszystko co zrobił od tamtej pory było dobre i właściwe.

Wiedziałam, że chcę mu przebaczyć, zostawić to wszystko za nami tak szybko jak to tylko możliwe, ale w tym samym czasie nie mogłam przestać odczuwać głębokiego smutku, żalu i rozczarowania z powodu tego co się stało. Stawiałam pod znakiem zapytania wszystko co do tej pory myślałam o nim, o naszym małżeństwie, a nawet o sobie samej.

Musiało upłynąć wiele nieprzespanych nocy, wiele godzin spędzonych na rozmowach i kilka momentów olśnienia żeby zrozumieć, że to nie była moja wina, że nie mogłam nic więcej zrobić, i że choćbym nie wiem jak bardzo starała się być lepszą żoną, nie mogłam go powstrzymać. Jeśli nie stałoby się to wtedy i z nią, stałoby się kiedyś indziej z kimś innym, tylko przez to co było w sercu Charliego. To właśnie on mi to w kółko tłumaczył, on wziął na siebie całą winę. Wiedziałam, że są rzeczy, które ja też potrzebowałam zmienić, ale to nie było to co doprowadziło go do zdrady.

Żal, lęk i rozczarowanie nie były najgorszymi z emocji, które mną targały. To czego się nie spodziewałam wcześniej w takiej sytuacji to zgroza. Zazwyczaj można oczekiwać poczucia zgrozy w tragicznych sytuacjach jak morderstwo albo wypadek, jednak to było dokładnie to uczucie kiedy pomyślałam sobie, że mój mąż był z inną kobietą. Były miejsca, zarówno w naszym domu jak i w biurze, które przez jakiś czas omijałam z daleka bo sprawiały mi zbyt dużo bólu. Obrazy w głowie, które odtwarzały się w kółko i lęk że to wszystko mogło mieć dla nas dużo gorsze konsekwencje. Cieszyłam się, że nie widziałam więcej wiadomości od niej, żadnych maili, zdjeć lub sytuacji na żywo.
To co było w mojej głowie było wystarczająco okropne.

Dokładnie tydzień po Strasznej Środzie, na następny dzień po Wstrętnym Wtorku, przyszłam do pracy i zastałam Charliego rozmawiającego z synem sąsiada, trochę dziwakiem, w naszym holu. Nie znaliśmy się więc Charlie mnie przedstawił, na co tamten odpowiedział mu: „Niezła sztuka”. Zaśmiałam się. To było takie ironiczne po tym wszystkim co teraz przechodziliśmy.
Charlie przysunął mnie trochę bliżej siebie i powiedział:
„Pracujemy razem, to mój skarb, sprawia, że jestem lepszym człowiekiem”.
„To świetnie! Właściwie to wyglądasz dziś dużo lepiej niż tydzień temu kiedy cię widziałem ostatnio. Wtedy wydawałeś się być bardzo zestresowany”.
„Tak, jestem dziś w dużo lepszym miejscu.”

Około południa dostałam telefon ze szkoły. Nasz syn miał wypadek na podwórku w czasie przerwy i nie czuł się dobrze. Prosili byśmy przyszli jak najszybciej. Na szczęście szkoła była tylko 5 minut drogi od nas. Nie wiedzieliśmy czego oczekiwać. Okazało się, że przewrócił się i przywalił głową w betonowy parapet. Miał dużego, sinego guza zaraz koło linii włosów, ale skóra nie pękła. Był blady, ale przytomny i zachowywał się normalnie. Nauczycielka powiedziała, że zajęło mu chwilę żeby dojść do siebie. Wzięliśmy go ze sobą do biura, bo nie było już sensu wracać do domu przed odebraniem dziewczynek i wstąpiliśmy do apteki po środek przeciwbólowy. Dopytałam się też na co zwrócić szczególną uwagę i obserwowałam go przez resztę dnia. Kiedy zaczął narzekać, że jest mu niedobrze, zabrałam go do naszego lekarza. Charlie dołączył do nas po drodze z pracy. Byłam zmęczona, zła i podirytowana i nie mogłam się oprzeć temu, by nie winić za to wszystko jego, chociaż oczywiście nie miał z tym nic wspólnego.

Kiedy weszliśmy do gabinetu, doktor zbadał naszego syna i zdecydował, że to małe wstrząśnienie mózgu. Doradził dużo odpoczynku przez kilka dni, żadnych gier albo telewizji, żeby wyleczyć traumę głowy. Zalecił też dalszą obserwację na wypadek gdyby pojawiły się inne symptomy. Dał nam całą ich listę i kiedy doszedł do zamieszania, problemów z pamięcią i irracjonalnego zachowania niezgodnego z charakterem, pomyślałam: „Charlie chyba miał wstrząśnienie mózgu przez cały ostatni rok”.

Tego wieczora nareszcie wiedziałam co zrobić z pierścionkiem. Nie mogliśmy go oddać do sklepu ani nikomu go dać. Nie chcieliśmy aby ktokolwiek go nosił, nie z jego historią. To, że dostaliśmy go z powrotem dało nam możliwość, żeby wyrzucić go gdzieś i symbolicznie odciąć tą przeszłość od siebie. Nie mogliśmy tylko wymyślić gdzie to zrobić. Myślałam o kilku miejscach, ale to nie było to i nagle teraz to zobaczyłam – było cały czas pod moim nosem. Zdjęcie tego miejsca wisiało na ścianie w holu. Lubiliśmy tam chodzić na spacery i nawet wzięliśmy tam Anę wtedy kiedy pojechaliśmy razem na plażę. Klify w tym miejscu tworzyły kształt kotła i wyglądały bardzo dramatycznie, czasem wręcz złowrogo, zwłaszcza kiedy rozbijały się o nie wysokie fale.

Oddajmy diabłu to co nam chciał dać – stwierdziliśmy zgodnie.

Wstrętny Wtorek

image

Tak to już bywa w tych sytuacjach kiedy dochodzisz do siebie po przebytej traumie, że jak jeden dzień jesteś u góry, na drugi możesz zacząć spadać w dół i czasem wydaje się jakby ten dół nie miał końca. Wtorek po Cudownym Poniedziałku to było moje dno, jeden z tych dni kiedy nie wierzysz, że uda ci się przez to przejść i nie wiesz nawet czy tego chcesz.

W czasie weekendu wysłaliśmy do Any wiadomość, że musi oddać pierścionek. Było wiele innych, drobnych rzeczy, które Charlie podarował jej podczas ich 15 miesięcznej znajomości, ale nie zależało mi na nich tak jak na tym pierścionku. Symbolizował on więź i obietnicę pamięci o tym co się wydarzyło między nimi. Jeśli chcieliśmy prawdziwie zostawić to wszystko za sobą i odciąć się od tego romansu, musieliśmy teraz zrobić wszystko, żeby go odzyskać. Ana bardzo się zdenerwowała i początkowo odmówiła, ale Charlie nalegał i w końcu umówili się, że przyniesie go do biura po godzinach i zostawi tam razem z kluczami i rzeczami, które od nas pożyczyła.

We wtorek wcześnie rano pojechaliśmy, żeby go odebrać. Planowaliśmy wyjazd za miasto na dwa spotkania tego samego dnia i mieliśmy wrócić dosyć późno. Pod biurkiem Charliego była duża papierowa torba, a w niej kilka książek, apaszka, czapka, trochę biżuterii łącznie z pierścionkiem i inne małe rzeczy jak herbata, itp. Miało to dziwną aurę New Age, szczególnie książki i czułam się dziwnie w obecności tego wszystkiego. To było tak jakby ona również wycinała Charliego ze swojego życia, jak gdyby oddając to mówiła: „Chcesz z powrotem pierścionek? To weź sobie też to wszystko.” W torbie był również list i notatka na biurku o tym gdzie są rzeczy, a na końcu PS.: „Stan mojego biurka, w sytuacji gdy wiadomo było, że mam przyjść, zranił mnie nie do opisania”.

Wzięłam głęboki oddech i z całej siły starałam się, żeby mi nie puściły nerwy. Stan jej biurka?! A co z moim małżeństwem?! Tym które było dla mnie cenniejsze niż wszystko na świecie? Czy ona choć przez chwilę pomyślała co robi mi, moim dzieciom, naszej rodzinie? Jak kobieta może to zrobić innej kobiecie, a potem przejmować się wyglądem swojego biurka? Miałam ochotę krzyczeć, nie po raz pierwszy od Strasznej Środy.

Wiedząc, że za chwilę inni zaczną przychodzić do pracy, zabraliśmy torbę i list ze sobą i pojechaliśmy na pobliski parking. Tam Charlie otworzył kopertę i zaczął czytać. W pierwszym paragrafie poprosiła go, aby przeczytał to sam. Czekałam co on powie.
„Przeczytamy razem, nic więcej nie chcę ukrywać. Żadnych więcej sekretów, chyba, że ty nie chcesz tego czytać”.           Zarówno chciałam jak i nie. Wiedziałam czemu go napisała, ciągle wierzyła, że to co było między nimi było prawdziwe, że on wierzył w to co do niej mówił, i że może uda jej się dotrzeć do jego serca i wzbudzić trochę smutku z powodu tego rozstania. Teraz ona była odrzucona i nie było to miłe.

Obawiałam się trochę, że może wspomniała tam coś o czym Charlie mi jeszcze nie powiedział, ale musiałam zaryzykować. Zaczęliśmy czytać. Pisała o rozczarowaniu, które czuła po tym jak Charlie traktował ją po tym kiedy wyznał mi prawdę, o tym że on nie może zabrać jej wspomnień ze wszystkimi tymi rzeczami które właśnie oddała i o tym, że pomimo wszystko wierzy, że Charlie jest dobrym człowiekiem. Pisała, że nie żałuje tego co się stało i ma nadzieję, że on też nie, i że życie jest zbyt krótkie by zmarnować taką szansę jaką mieli. Odnosiła się do siebie jako do „osoby o złotym sercu” i podziękowała mu za praktykę w biurze.

Czułam jej ból chociaż chciała wydawać się silna. Nie płakałam chociaż ten list sprawił, że to co się stało było dla mnie teraz tak realne. Walczyłam o przeżycie. Iść do przodu i nie patrzeć w tył. Poradzić sobie z tym i nie pozwolić, żeby mnie to zmiażdżyło.

Charlie złożył list, włożył go z powrotem do koperty i pojechaliśmy dalej, razem z rzeczami i dziwnym brzemieniem na sercach. Był piękny, mglisty poranek. Światło unosiło się nad polami kiedy je mijaliśmy rozmawiając o tym jak dziwne i nierzeczywiste było to przez co przechodziliśmy.

Po tylu szczęśliwych latach razem musieliśmy walczyć o nasze małżeństwo. To jedno pytanie wracało do nas wtedy i jeszcze długo potem: jak to się stało, że znaleźliśmy się w takim miejscu?

Pierwsze spotkanie mieliśmy w starym opactwie z siostrami zakonnymi i kilkoma innymi osobami z zespołu projektowego. Nie znałam większości ludzi tam, więc Charlie mnie przedstawił jako swoją żonę. Siostry ucieszyły się i każda wyraziła to jak bardzo im miło w końcu mnie poznać. Moje pierścionki były dalej w domu na półce Charliego i kilka razy złapałam się na tym, że chowam moje ręce. Czułam się nieswojo bez nich, jakbym była naga i brakowało mi ich.

Po skończonym spotkaniu wyjechaliśmy szybko, żeby zdążyć na następne. Było ono w sprawie projektu nad którym pracowałam dlatego chciałam tam być z Charliem. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko kupić paliwo i coś do jedzenia. Tam nagle uderzyła mnie myśl i czułam jak nadchodzi kolejna „fala”. Chciałam ją zatrzymać, ale czułam, że mi się nie uda, i że będę musiała się z nią znowu zmierzyć. Wróciliśmy do samochodu, ujechaliśmy kawałek i zapytałam Charliego:
„Pamiętasz w zeszłe lato, kiedy mój tata był tutaj i pojechaliśmy do domku letniskowego twoich rodziców? Jednego dnia powiedziałeś, że masz bardzo ważne spotkanie i musisz na nie jechać. Widziałeś się wtedy z nią po spotkaniu?”
Popatrzył na mnie tym swoim smutnym wzrokiem i odpowiedział powoli:
„Nie było żadnego spotkania. Pojechałem tam specjalnie, żeby się z nią spotkać”.

Czułam jak ściska mi się żołądek i straciłam cały apetyt. Odłożyłam kanapkę i popatrzyłam za okno. Co on powiedział? Nie było spotkania? Zostawił nas w tamtym pięknym miejscu, żeby być z nią w tym jej lochu?

Nie myślałam o sobie tyle co o dzieciach. Tak czekały na to, żeby spędzić z nim kilka dni. Pytaliśmy czy jest możliwość, żeby to przełożyć, ale mówił, że nie da rady. Za dużo osób zaangażowanych, musiał tam być. Czemu to zrobił? Dla seksu? Przecież ja tam byłam, rano i wieczorem, obok niego. Czemu nie ja? Czy ona nalegała? Była zazdrosna, że on jest z nami?

Dziesiątki pytań zalewały mnie w tamtym momencie, ale to co czułam najbardziej to porzucenie. To nie było to, że został dłużej po pracy albo zabrał ją ze sobą na spotkanie, ale specjalnie nas okłamał, zostawił na naszych wspólnych wakacjach i pojechał po coś czego nie umiałam zrozumieć. Siedziałam cicho przez dłuższą chwilę, a w tym czasie moje uczucia i postawa się zmieniły.

Chciałam rozstania, uciec daleko od kłamstw i oszustw. Tego nie było w umowie kiedy przysięgaliśmy sobie miłość i wierność. Jeśli tak bardzo jej chciał to mógł sobie ją mieć. Ja nie miałam już ochoty go zatrzymywać. Tak naprawdę to wierzyłam, że Bóg miał dla mnie kogoś dużo lepszego. Nagle poczułam się silna, nawet apetyt mi wrócił. Wzięłam z powrotem kanapkę i zaczęłam ją jeść. Charlie był zdziwiony.
„Wszystko ok?”
„Jak najbardziej. Już dawno nie czułam się lepiej. Nareszcie wiem czego chcę – odchodzę. Możesz widywać dzieci kiedy masz ochotę, ale ja ciebie już nie chcę, nie po tym co mi zrobiłeś. Możesz zadzwonić do Any i jej to powiedzieć. Jest szansa, że cię przyjmie z powrotem.”

Powiedziałam wiele innych przykrych rzeczy, dawało mi to satysfakcję. Chciałam go zranić tak jak on zranił mnie. Byłam wściekła i rozgoryczona. Gdybym miała na sobie pierścionki w tamtym momencie, z pewnością wyrzuciłabym je za okno, żeby pokazać mu, że nie żartuję.
„Nie idę na spotkanie, będziesz musiał iść sam. Nie chcę mieć więcej z tobą nic wspólnego.”

Wciąż nie wiem co tak bardzo zraniło mnie w tej sytuacji i w jego wyznaniu, ale cokolwiek to było, zatwardziło moje serce. Przebaczenie? Niech o tym zapomni! Pokażę mu jak to jest być odrzuconym, przynajmniej on na to zasługiwał.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wyszłam z samochodu trzaskając drzwiami i nawet się nie odwróciłam, żeby na niego popatrzeć. „Dasz sobie radę?” – usłyszałam tylko z tyłu. „O mnie się nie martw. Daj znać jak skończysz i spotkamy się tutaj.”

Byłam w miasteczku, którego nie znałam. Zdałam sobie sprawę, że byłam narażona na niebezpieczeństwo, szczególnie w moim stanie. Na szczęście byliśmy w centrum więc po prostu szłam przed siebie główną ulicą. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, chciałam być sama. Sprawdziłam telefon i zauważyłam nieodebrane połączenie od J&D. Oddzwoniłam i powiedziałam, że jestem bardzo zdenerwowana. Rozmawialiśmy prawie godzinę, podczas gdy chodziłam tą ulicą tam i z powrotem, wyglądając chyba jak wariatka bo ludzie rzucali mi dziwne spojrzenia. Powiedziałam, że nie chcę już dłużej być z Charliem, że mam już dość i że chcę ułożyć sobie życie z kimś innym. Reakcja D była szybka i stanowcza: „Ella, zabraniam ci tak mówić. Twoje miejsce jest przy twoim mężu i będziesz dalej walczyć. To co się stało jest w przeszłości, on teraz z tego pokutuje. Nie chcę więcej słyszeć, że tak mówisz.”

Zaśmiałam się. Nie z tego co powiedziała, ale z tego jak szybko usadziła mnie na miejscu. Prawie od razu zobaczyłam jak użalam się nad sobą, przesadzam i szukam wymówki, żeby odegrać się na Charliem. To była normalna ludzka reakcja, ale jeśli chciałam wygrać, musiałam być ponad tym, patrzeć na mojego Pana i chodzić dalej po tych falach. Straciłam go z oczu i zaczęłam tonąć, D pomogła mi to zobaczyć. Ta rozmowa, chociaż trudna, była bardzo potrzebna. Na zawsze będę wdzięczna Bogu za to, że postawił wtedy właściwych ludzi na właściwym miejscu.

Po skończonej rozmowie udałam się z powrotem do budynku gdzie zaparkowaliśmy. Była tam mała kafejka na parterze. Kupiłam herbatę i wysłałam wiadomość do Charliego gdzie jestem, i żeby mu dać znać, że czuję się lepiej. Przyszedł tak szybko jak mógł, oboje przeprosiliśmy siebie nawzajem, pomodliliśmy się, płakaliśmy, śmialiśmy się i wyszliśmy z tamtąd dużo szczęśliwsi niż weszliśmy.

W domu poprosiłam go, żeby oddał mi moje pierścionki. Nie chciałam już dłużej bez nich być i zdecydowaliśmy wtedy, że kupimy nowy pierścionek na odnowę naszej małżeńskiej obietnicy, kiedy będziemy już na to gotowi.

Cudowny Poniedziałek

image

Poniedziałek był specjalnym dniem. Tak bardzo specjalnym, że nazwaliśmy go „Cudownym”. To co wydarzyło się tego dnia to może nie były wielkie cuda, ale Bóg mówił do nas w swoim unikalnym języku, tak jak mówi do nas wszystkich, używając języka który umiemy zrozumieć i dając nam znać, że jest blisko.

Był to mój pierwszy dzień powrotu do pracy po krótkiej przerwie i pierwszy po Strasznej Środzie. Odzyskałam moje biurko i miejsce przy moim mężu. Rano dowiedzieliśmy się też z radia, że był to Światowy Dzień Architektury. Pomyślałam, że to dobry znak.

Jechałam sama w samochodzie delektując się kolorami jesieni, wyłączyłam nawet radio żeby mi nie przeszkadzało w modlitwie dziękczynnej. Chociaż było jeszcze za wcześnie na to żeby wiedzieć na pewno, że nasze małżeństwo przetrwa, szliśmy w dobrym kierunku. Kiedy byłam juz blisko miasta zauważyłam tęczę, która kończyła się mniej więcej tam gdzie znajduje się nasze biuro. Uśmiechnęłam się do siebie. W biurze na moim krześle znalazłam karteczkę z miłą wiadomością od Charliego: „Cieszę się, że jesteś i że możemy razem pracować”. Chwilę później przeszedł z niespodzianką: „Słyszałaś nas w Spirit Radio? Wygraliśmy bilety na koncert!”

Ha! To mi się podobało. Postanawiam zrezygnować z loterii tylko po to żeby wygrać coś następnego dnia kiedy nawet nie gram! Okazało się, że to nasze dzieci wygrały je dla nas. Wzięły udział w konkursie na charakterystyczny budynek i poszczęściło im się. Dostaliśmy dwa bilety na koncert w najbliższą sobotę.

To był dziwnie cichy poranek w biurze. Zazwyczaj telefon nie przestaje dzwonić ale tego ranka zadzwonił tylko raz, odebrał nasz kolega, ktoś do Charliego – jego znajomy Frank. Popatrzyliśmy na siebie ze zdumieniem. Frank? Dzwoni na numer biura? Dzisiaj?

Frank był kolegą Charliego sprzed wielu lat, jeszcze jak mieszkaliśmy w Polsce. Utrzymywał regularnie kontakt zazwyczaj dzwoniąc do nas do domu raz, może dwa razy w roku. O jego życiowej historii, między sobą mówiliśmy zazwyczaj: „jak przegrać życie”. Kiedy był młody miał w Anglii dobrze prosperujący biznes który stracił w czasie recesji. Razem z żoną i małymi dziećmi wyjechał do Hiszpanii gdzie za pozostałe pieniądze założył kolejny biznes. Jakiś czas później miał krótki romans z młodą Hiszpanką, jego żona się dowiedziała i to był koniec ich małżeństwa. Musiał jej zostawić dom, biznes i dzieci. Potem spędził wiele lat w Polsce ucząc angielskiego i oszczędzając na bilety żeby odwiedzić swoje dzieci.

NIGDY nie dzwonił do biura. Czemu wybrał akurat ten poranek? Odbyli krótką rozmowę z której pamietam tylko jak Charlie powiedział „Myślałem, że potrzebuję zmiany, ale teraz wiem, że się myliłem”. Przez cały czas kiedy rozmawiali zerkaliśmy na siebie i kręciliśmy głowami z niedowierzaniem.

Po południu odebraliśmy razem dzieci ze szkoły i poprosiłam Charliego, czy nie odprowadziłby nas na lekcje pianina. Musieliśmy przejść koło domu Any i nie umiałam się do tego zmusić sama. Właśnie kiedy przechodziliśmy tamtędy poślizgnęłam się na psiej kupie. To było klasyczne. Ryknęliśmy śmiechem, po tej historii którą usłyszałam dzień wcześniej wydawało się to strasznie śmieszne. Pan Bóg ma czasem dziwaczne poczucie humoru.

Zaraz po lekcji pojechałam z dziećmi do centrum handlowego kupić dla Charliego książkę i zakładkę. Już od dawna chciałam żeby przeczytał „Chatę”. Sama czytałam ją kilka lat wcześniej i pamiętałam, że autor dobrze pisał o przebaczeniu. Znalazłam ją na półce w księgarni, była tylko jedna. Szukałam tam też zakładki, ale nie było żadnej inspirującej. Popatrzyłam jeszcze w kilku sklepach aż w końcu ją znalazłam. Wiedziałam, że to ta, jakby na mnie czekała. Był tam rysunek słońca z sylwetką gołębia i słowa:

„Podziękowałam dziś Bogu za ciebie.

Jesteś jednym z moich ulubionych ludzi i chcę żebyś wiedział, że podziękowałam dziś Bogu za ciebie. Życzyłam dla ciebie obfitości miłości i radości, dobrego zdrowia i wszystkiego tego co najlepsze. Modliłam się o taką wiarę i mądrość dla ciebie byś mógł osiągnąć wszystko czego pragnie twoje serce. Życzyłam ci szczęścia. Ludzie którzy wzbogacają nasze życie są błogosławieństwem. Jesteś skarbem którego nigdy nie chcę stracić.”

Dałam mu to gdy wrócił do domu. Był bardzo wzruszony i nie mógł uwierzyć tym słowom. „To jest dla mnie? Naprawdę tak myślisz?”

Tak było, może życzyłam mu tego bardziej jako przyjaciółka niż żona w tamtym momencie, ale tak było.

 

 

Bóg odpowiada na modlitwę

image

Użyliśmy kilku narzędzi do walki o nasze małżeństwo, które sprawdziły się w naszej sytuacji. Oprócz tych oczywistych jak szczerość, przejrzystość serc i długie rozmowy były także post, modlitwa i Wieczerza Pańska (dzielenie się chlebem i winem, symbolami ciała i krwi Jezusa i nakładanie ich w modlitwie na nasze małżeństwo). Używaliśmy też symbolizmu miejsc i przedmiotów by wspomóc proces uzdrawiania, na przykład: modlitwa razem w konkretnych miejscach, czy niszczenie przedmiotów, które miały znaczenie.

Odłożyliśmy na bok wszelką intymność fizyczną na nieokreślony okres czasu. Złamana była nasza przysięga małżeńska i moje serce. Nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa: dni, tygodnie czy miesiące. Chcieliśmy odnowić przysięgę, ale jeszcze nie wiedzieliśmy kiedy i jak więc na razie mogliśmy tylko czekać.

Pierwsza niedziela była ciężka, „fale” rozbijały się o niegdyś spokojną przystań naszego domu. Nie mogłam uwierzyć, że ten mężczyzna który mnie tak zranił był tym samym, któremu tak ufałam. Czy było to możliwe, że popełniłam błąd i wyszłam za mąż za kogoś kto istniał tylko w mojej głowie? Że jego natura była inna niż myślałam? Może byłoby lepiej żebyśmy się rozstali?

Siedziałam na łóżku z oczami spuchniętymi od płaczu, rozważając rozstanie i wtedy pojawiła się myśl – ktoś w mojej rodzinie już był w takiej sytuacji – moja babcia.

Kiedy mój tata miał 7 lat babcia dowiedziała się, że dziadek miał romans z inną kobietą. Przeprosił, ale nie umiała przebaczyć. Musiał odejść, a ona ucięła z nim wszelki kontakt, nie mógł nawet odwiedzać swojego syna. Kilka lat temu moja siostra znalazła u babci list, w którym on podobno błagał ją o przebaczenie i o to by przyjęła go z powrotem, ale ona nigdy nie zmieniła zdania. Może wiedziała co robi, w końcu sama była jego drugą żoną. Nie osądzam jej za to, ale faktem jest, że miało to ogromny wpływ na rozwój emocjonalny mojego taty. To z kolei miało wpływ na małżeństwo moich rodziców, ich późniejszy rozwód, życie naszej rodziny, wybory życiowe mojej siostry, itd. Oczywiście w tym wszystkim było dużo innych czynników, ale ta jedna osobista decyzja wpłynęła mocno na życie wielu osób.

Nagle zobaczyłam siebie w jej sytuacji, jakbym wróciła się w czasie i miała podjąć tą samą decyzję. Nasz syn miał prawie 7 lat, tyle samo co mój tata wtedy. Nie mogłam mu tego zrobić, on uwielbiał Charliego. Każdego dnia czekał, aż on wróci z pracy, żeby pograć w piłkę albo w grę, iść do sklepu i po prostu być razem. Co ja mu powiem kiedy zapyta gdzie jest tata? A nasze dziewczynki? One też potrzebowały taty.

Poszliśmy do kościoła z ciężkimi sercami. Uwielbienie tego dnia było raczej wołaniem z naszej strony o Bożą obecność. Mieliśmy na spotkaniu gościa i gdy ten, na koniec kazania poprosił do przodu tych którzy chcieliby razem się o coś pomodlić, Charlie był pierwszy. Prawie tam pobiegł, a ja zostałam na swoim krześle i łzy leciały mi po policzkach. Dalej nie wiedziałam jaką decyzję podjąć. Patrzyłam z oddali na Charliego i modliłam się: „Boże proszę przemień jego serce. Jeśli tego nie zrobisz nie będę mogła z nim dalej być. Będę musiała pozwolić mu odejść, a tak bardzo tego nie chcę”. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam tak bardzo, że czułam jak kapią mi łzy. Otworzyłam oczy na chwilę i zobaczyłam na rękach krew, leciała z mojego nosa. Zaczęłam panicznie szukać w torebce chusteczek żeby zatrzymać krwotok i gdzieś pomiędzy tym wszystkim zauważyłam, że na podłodze koło mnie siedzi nasz syn i z zatroskaniem mi się przygląda. Nie wiedział jak mi pomóc więc tylko powiedział: „Zobacz co dla ciebie narysowałem dziś na szkółce niedzielnej”. W rękach trzymał śliczny rysunek z napisem: Bóg odpowiada na modlitwę (God answers prayer). Nie mogłam w to uwierzyć, to była najlepsza rzecz jaką mógł dla mnie wtedy zrobić. Oczywiście rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale tym razem łzy nie były już takie gorzkie, bo miałam Bożą obietnicę.

Zaraz po spotkaniu poszliśmy do naszego biura. Musieliśmy przygotować biurko dla mnie na następny dzień i pomodlić się w kilku miejscach. Nie byłam pewna gdzie chciałam siedzieć, najprościej było zająć biurko Any, ale czy tam chciałam być? Kiedy tak o tym myślałam, nasza córka stwierdziła: „Powinnaś siedzieć tutaj, będziesz blisko taty”. Brzmiało to jak dobry powód do tego by tak zrobić. Posprzątałam i wyczyściłam biurko Any, zawiesiłam kilka rysunków naszych dzieci i zrobiło się moje. Było to też to samo miejsce gdzie siedziałam wiele lat wstecz, gdy zaczynałam pracę. Po prostu je odzyskałam. Kilka tygodni później oprawiłam też rysunek „Bóg odpowiada na modlitwę” i zawiesiłam go obok.

Kiedy tam byliśmy Charlie opowiedział mi ciekawą historię, która rzuciła dla mnie nowe światło na charakter Any. Kilka tygodni wcześniej Charlie zatrudnił nową dziewczynę. Była to miła, pozytywna osoba, mężatka z dwójką małych dzieci. W jakiś sposób Ana musiała poczuć się zagrożona, może zobaczyła w niej potencjalną nową kochankę i w przypływie nieuzasadnionej zazdrości powiedziała do Charliego: „Mam ochotę nasrać jej na biurko”. Był to moment w którym nawet on zastanowił się czy wszystko z nią jest w porządku. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić co chciała zrobić ze mną i z moimi rzeczami.

Pojechaliśmy  do domu z uczuciem jakbyśmy wygrali kilka bitew. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie po torf do kominka. Tam podjęłam decyzję, że nie będę więcej grać na loterii. Od lat walczyłam z impulsem żeby kupować bilety na loterię i chociaż nie wydawałam na to dużo, denerwowało mnie to, bo nie mogłam przestać. Kilka razy udało mi się na chwilę, ale nigdy na dobre. W sercu wiedziałam, że powstrzymuje mnie to przed całkowitym zaufaniem Bogu, że to On mnie zaopatruje w to czego potrzebuję i, że lepsze jest jego błogosławieństwo nad moja pracą niż wygrana na loterii. Jeśli Charlie mógł złamać złe przyzwyczajenia w swoim życiu to ja też. Przyszedł czas na dobre zmiany. Czas na całkowite zaufanie Bogu.

W domu napaliliśmy w kominku, położyliśmy dzieci do łóżek i usiedliśmy razem przy ogniu. Miałam ochotę żeby pooglądać zdjęcia ze ślubu, ale zanim otworzyłam album, przyszła mi do głowy myśl. Popatrzyłam na nasze rodzinne zdjęcia na kominku i zapytałam: „Jak ty mogłeś ją tutaj przyprowadzać? Nie czułeś, jakby te zdjęcia na ciebie patrzyły?”
Spojrzał na mnie ze wstydem i odpowiedział:
„Nie, chowałem je wcześniej”.
To był jeden z najsmutniejszych obrazów jego jaki miałam w głowie z tamtego okresu – jak chowa nasze zdjęcia, tak jakby można było schować rzeczywistość.

Straciłam wszelką ochotę na oglądanie albumu. Zamiast tego Charlie zasugerował, że może spalilibyśmy coś na znak tego co się zakończyło. Od razu wiedziałam co to ma być. Kilka tygodni wcześniej zauważyłam u niego zakładkę do książki – „Pocałunek” Gustav’a Klimt’a. Zapytałam wtedy skąd to ma, ale wykręcił się mówiąc, że sam sobie kupił w księgarni. Wydawało mi się to dziwne, ale nie wypytywałam go dalej. Przyniosłam ją więc teraz, a on się zdziwił, skąd wiem, że to od niej. Naprawdę nie musiałam na to odpowiadać. Włożyliśmy ją do ognia i patrzyliśmy jak powoli się pali.

Album ślubny musiał poczekać jeszcze kilka tygodni, zanim oboje mieliśmy wystarczająco dużo odwagi żeby go otworzyć.

 

Fale

Najtrudniejsza częścią tego wczesnego okresu były „fale”. Przypominały mi skurcze porodowe, niektóre mocniejsze, inne słabsze. Każda przynosiła ze sobą ból, strach i dyskomfort. Na początku nie byłam pewna jak reagować, ale nauczyłam się radzić sobie z nimi właśnie w taki sam sposób jak ze skurczami przy porodzie. Zamiast bać się ich stawiałam im czoła, wiedząc że przejdą wkrótce, a przy okazji przeniosą mnie dalej w tym procesie. Nie byłam pewna tylko jaki będzie tu efekt końcowy.

Ogrom tego co się stało przygniatał mnie. Nie umiałam przyjąć tego wszystkiego na raz. To nie było jedno czy dwa kłamstwa, ale cała ich góra, która uzbierała się przez ostatnie 15 miesięcy. Więcej jeszcze – lata innych okropnych rzeczy, które chwilowo odsunęłam na bok w moim umyśle, bo nie sprawiały takiego zagrożenia jak sama zdrada i romans. Dzień po dniu zaczęły do mnie docierać implikacje tego co się stało, co doprowadziło do czego. Dni i daty nabrały nowego znaczenia w cieniu jego wyznań.

W takich sytuacjach przebaczenie nie jest czymś jednorazowym. Musisz zdecydować czy przebaczasz za każdym razem kiedy dowiadujesz się, że zostałeś oszukany, za każdym razem kiedy przychodzi nowa „fala”. Nie jest ono również aktem skończonym, a raczej odwróceniem się od postawy nienawiści i chęci odwetu, początkiem ciężkiej pracy nad odbudowaniem relacji i decyzją: nie zatrzymuję się tutaj, idę dalej.

Kiedy „fale” zaczęły nadchodzić bałam się, że nigdy się nie skończą. W takich momentach czasem myślałam, że byłoby łatwiej poddać się niż mierzyć z tym olbrzymem raz po raz. Były też chwile kiedy złość brała górę i chciałam skończyć to wszystko, może spróbować kiedyś na nowo z kimś innym, ale były dwie rzeczy których za nic w świecie nie chciałam stracić: moje dzieci i moja wiara. Separacja najprawdopodobniej zachwiałaby mocno moją relację i z dziećmi i z Bogiem. Zwłaszcza jeśli to ja miałabym o niej zdecydować. Dodatkowo miałam przeczucie w środku, że pomimo wszystkiego tego co się stało, nasze małżeństwo było warte walki o nie.

„Fale” to nie było tylko „co, gdzie i kiedy”, ale również małe, głupie rzeczy jak: czy robiliście razem selfie, czy zostawiałeś jej małe liściki jak mi, czy mówiłeś jej, że ją kochasz i czy miałeś to na myśli? Czy ona siedziała na moim krześle kiedy przyprowadzałeś ją do naszego domu i czy piliście z kieliszków, które dostaliśmy na prezent ślubny? Czasem te małe rzeczy, prawie nic nieznaczące, były najtrudniejsze. Za każdym razem kiedy uświadamiałam sobie, że się wydarzyły łamały moje serce i potrzebowałam mądrości w tym żeby wiedzieć o co pytać, co potrzebowałam wiedzieć, a co nie.

Pierwsza „fala” przyszła w sobotę, 3 dni po Strasznej Środzie. Przyniosła szok, wściekłość i głęboki żal. Po raz pierwszy w życiu uderzyłam go w twarz. Przyniosło to chwilową ulgę, ale nie czułam się z tym dobrze. To była twarz, którą chciałam kochać, nie policzkować. Zrobiłam to jeszcze kilka razy następnego poranka, razem z rzucaniem w niego wyzwiskami. Przyjmował to wszystko i nawet nie próbował się bronić. Widziałam jego głęboki żal i ból. Wyraził go perfekcyjnie gdy powiedział: „Gdybym miał teraz popełnić samobójstwo utopiłbym się w gnojówce”. Jego ból pomagał mi radzić sobie z moim własnym, pokazywał mi, że byliśmy w tym razem.

Razem więc opracowaliśmy strategię jak radzić sobie z tymi „falami”. Za każdym razem gdy któraś nadchodziła w naszą stronę i wydawało się, że teraz już nas zatopi, staliśmy razem. Zadawałam mu pytanie, on odpowiadał szczerze, potem w modlitwie przynosiliśmy ten grzech do krzyża razem z moim bólem i zostawialiśmy to tam. Dla mnie to czyniło cuda. Nie miałam potrzeby wracać do tych bolesnych myśli. Było to załatwione, może nie zapomniane, ale przebaczone i nie bolało. Boża moc działała i nie mogłam temu zaprzeczyć.

W tych pierwszych dniach rozmawialiśmy godzinami, zwłaszcza wieczorem i rano. Ja i tak nie mogłam spać, jeśli udało mi się zasnąć to budziłam się wcześnie rano i choć wyczerpana, na próżno było szukać snu. Czasem budziliśmy się razem, przed świtem, rozmawialiśmy, płakaliśmy i modliliśmy się. Słowa pocieszenia wydawały się płynąć z nieba, rozmowa przemieniała się w modlitwę i Boża obecność była prawie namacalna w pokoju. Zapraszaliśmy Go do wszystkiego co robiliśmy, a On był tym kim obiecał, że będzie: Król Pokoju, Pocieszyciel, Cudowny Doradca. Był tam gdzie żaden inny, ludzki doradca nie mógł być, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Uczył nas jak chodzić po tych falach i jakie decyzje podjąć. Wiedzieliśmy, że tak długo jak nasze oczy będą wpatrzone w Jezusa, będziemy w stanie iść dalej.

Właśnie w czasie tych „fal”, kiedy były najwyższe Bóg obiecał mi, że kiedyś to będzie tylko blizna, nie rana, a różnica jest taka, że bliznę choć widać, nie boli.

Pokłosie zdrady

image

„Jeśli istniałaby skala Richtera dla emocjonalnych trzęsień ziemi, odkrycie zdrady zarejestrowałby się u samej góry wskaźnika.”
Shirley P. Glass „Not just Friends”

Poranek nadszedł w końcu, tak jak zawsze się to dzieje i o dziwo, świat kręcił się dalej.

Jedną z pierwszych rzeczy, które Charlie zrobił tego dnia było wysłanie wiadomości do Any. Napisał jej, że wszystko mi wyznał i żeby nie przychodziła więcej do pracy. Pokazał mi tą wiadomość zanim ją wysłał i od tej pory zawsze tak już robił kiedy musiał się z nią skontaktować. To był jeden z jego sposobów na to żeby pokazać mi, że jest zdecydowany na zmianę i odbudowanie zaufania. Później podał mi też wszystkie hasła do telefonu i kont emailowych.

Automatycznie wykonywałam wszystkie poranne obowiązki, ciesząc się po cichu, że dzieci idą do szkoły i ktoś inny będzie musiał się nimi zająć. Zanim Charlie wyszedł z domu zapytał czy nie pojechałabym z nim na budowę jednego z naszych projektów, około 2 godziny drogi od nas. Powiedziałam, że muszę się zastanowić. Normalnie zaraz przyjęłabym taką propozycję z radością, ale dziś nie mogłam na niego nawet patrzeć. Nie byłam pewna czy wytrzymam kilka godzin w samochodzie z nim sam na sam i czy to wogóle byłoby bezpieczne. Wszystko nagle się zmieniło.

To czego naprawdę teraz potrzebowałam, i to szybko, to jakieś pigułki. Coś co pomogłoby mi poradzić sobie z emocjonalnym bólem i wykończeniem, które mnie w tej chwili przerastało. Poszłam prosto do naszych przyjaciół J&D. Znaliśmy ich od wielu lat, byli nawet na naszym ślubie, byli również Chrześcijanami i w dodatku D była lekarką. Miałam nadzieję, że coś będzie mogła mi przepisać.

„Potrzebuję pomocy” – to były moje pierwsze słowa gdy weszłam do nich do domu. Wytłumaczyłam po krótce co się stało i D od razu się rozpłakała. Otoczyli mnie ramionami i pomodlili się o Bożą pomoc, mądrość, pokój i ochronę od kłamstw, które wróg będzie chciał wcisnąć mi w tym czasie.

Teraz rozumiem jak ważne było to ostatnie – kiedy dowiadujesz się, że twój życiowy partner cię zdradził zaczynasz szukać winy w sobie, poczucie wartości i pewności siebie spada do zera. Pod znakiem zapytania stają wcześniejsze życiowe wybory. To czas gdy w emocjach często podejmowane są złe decyzje, które dodatkowo komplikują i tak trudną już sytuację. Poradzili mi żebym pojechała z Charliem i dostałam lekki lek uspakajający, który pomógł mi przetrwać następne dni.

Podróż była trudna, oboje czuliśmy się jak na emocjonalnym roller-costerze, oscylując między płaczem, krzykiem i czasami przeklinaniem z mojej strony. Mimo to dobrze było móc rozmawiać bez świadków i przeszkód. On powtarzał wciąż jak bardzo jest mu przykro, jak bardzo żałuje tego co się stało. Ja próbowałam wyczuć czy mówi to szczerze czy żałuje tylko tego, że wyszło to na jaw.

Gdy dotarliśmy na miejsce nie mogłam uwierzyć jak szybko zmieniło się jego zachowanie – z żalu i płaczu do uśmiechu i żartów z robotnikami. Zobaczyłam wtedy jak on potrafił zmieniać maski w zależności od okazji. To naprowadziło mnie na odpowiedź na pytanie, które dręczyło mnie w tej chwili najbardziej – jak on potrafił tak długo kłamać? I jak to się stało, że ja tego nie zauważyłam? Później gdy go o to zapytałam on porównał to do zakładania rożnych „czapek”, do prowadzenia kilku równoległych żyć i przeskakiwaniu z jednego w drugie. Wymagało to doskonałych umiejętności oszukiwania i nie mogłam zrozumieć jak ja się nie zorientowałam co on robił.

Moja opinia o nim, która zawsze była wysoka, nagle została zniszczona, tak jakby tamten Charlie umarł. Stałam przed tą nową wersją mojego męża i nie wiedziałam co z nią zrobić – to nie był ten mężczyzna za którego wyszłam za mąż.
I tu pojawiło się następne pytanie – czy nawet jeśli zdecydujemy się zostać razem będę umiała go jeszcze kochać? Obawiałam się, że nie, ale było dużo za wcześnie żeby odpowiedzieć sobie na to i było też wiele innych pytań, które wymagały najpierw odpowiedzi.

W piątek rano umówiłam się z naszymi pastorami na wizytę u nich wieczorem. Przez telefon powiedziałam tylko, że przechodzimy bardzo trudny czas w naszym małżeństwie i chcieliśmy porozmawiać i pomodlić się. Już od progu, wchodząc do ich domu czułam, że przygotowali się do tego spotkania. Ugotowali również pyszny posiłek i chociaż niewiele mogłam jeść, sam zapach mi wystarczył. To był niesamowity wieczór pod wieloma względami, trwała duchowa walka.

Ustaliliśmy w drodze, że Charlie wytłumaczy im naszą sytuację. Wyobrażał sobie jak w trakcie tego będzie złamany i zapłakany. Zamiast tego owładnęło nim coś co nazwał później „duchem krnąbrności”. Opowiadał tą historię i nie czuł żadnej skruchy. Było to tak dziwne, że sam wydawał się tym zdumiony. Rozglądnął się dookoła głowy jakby chciał tam coś zobaczyć i powiedział „Nie wiem co się ze mną dzieje”. Trudno stwierdzić co to było, możliwe, że tylko jakaś emocjonalna reakcja, ale pokazało mu to coś czego wcześniej nie widział. Myślę, że mogło to być coś pod wpływem czego pozostawał w czasie swojego romansu i wcześniej.

W pewnym momencie powiedział, że nie wie co czuje do Any. Ogarnęła mnie taka złość, że ściągnęłam z palców obrączkę i pierścionek zaręczynowy i oddałam mu je.
„Kiedy już bedziesz wiedział co czujesz i czego chcesz możesz mi je oddać, to nie jest rozwód. I jeszcze jedno – powiedziałeś mi niedawno, że jestem słaba, ale tak nie jest. JESTEM MOCNA w Panu i nigdy więcej nie chcę tego słyszeć”. Mówiąc to czułam, że nie jest to tylko do niego, ale również do tego co przez lata kradło moją siłę i energię.

Rozmawialiśmy długo, potem pomodliliśmy się razem i przeczytaliśmy kilka wersetów z Biblii. Przy wyjściu F&C zaoferowali, że gdybyśmy potrzebowali przestrzeni dla siebie z osobna, Charlie mógłby przenocować u nich kilka dni. Dobrze było mieć taką pomoc i wsparcie.

Przez następne dni odstawiliśmy na bok wszystkie plany, nawet praca musiała chwilowo poczekać. Mieliśmy ogromną potrzebę, żeby po prostu być razem i rozmawiać. Poszliśmy za instynktem. Nasze dzieci nie były szczęśliwe gdy zamykaliśmy drzwi aby rozmawiać i płakać, ale nie mieliśmy wyjścia. Powiedzieliśmy im tylko, że przechodzimy bardzo trudny czas i potrzebujemy czasu sam na sam. Były bardzo cierpliwe, ale czuły, że dzieje się coś bardzo złego i nasza najstarsza córka często płakała razem z nami nie wiedząc do końca czemu. Jednego wieczoru serce Charliego złamało się kiedy mówiąc dobranoc naszej młodszej córce ona spytała go jak zdecydujemy który rodzic bierze które dziecko jeśli się rozstaniemy.

Te pierwsze dni były trochę jak chodzenie we mgle. Tak jakby coś uderzyło mnie w głowę i wiedziałam co to jest ale nie mogłam na to popatrzeć wprost. Wiedziałam, że to się stało, ale wchodzenie w detale było tak bolesne, że początkowo nie zadawałam żadnych pytań.

3 dni po Strasznej Środzie podczas rozmowy wyznał mi nagle, że kupił jej pierścionek. Zrobił to tego dnia gdy pojechali razem na spotkanie, a ja śpiewałam sobie w głowie „moją” piosenkę. Potrzebowałam około dwóch sekund, żeby zalać się łzami. Całkowicie straciłam panowanie nad sobą. Czy on nie zna symbolicznego znaczenia pierścionka? Naprawdę chciał związać się z nią duchowo do końca życia? Jakim ignorantem trzeba być żeby zrobić coś takiego kiedy jest się w związku z kimś innym? Czułam, że ona stała się częścią naszego małżeństwa, naszego życia, ale nikt nie zapytał mnie o zgodę! Powiedziałam mu, że musi go odzyskać i potem zdecydujemy co zrobić z nim dalej, ale bez tego nie ruszymy dalej.

Powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego jak głęboko znieważone zostało nasze małżeństwo, ile jeszcze zostało do odkrycia i ile pracy będziemy musieli włożyć w to, żeby zagoić rany. Tego wieczoru zaczęły nadchodzić „fale”.